Nie milknij Nim dotknie cię ostatnie słowo Będę niewidocznie mrugać Dam znać schowana w wiersze Które otulone kocem Zbierają sny miłości i odrzucenia Zaplotę je w warkocz wychodząc poza siebie Przekroczę gęstą historię Przechodząc bramą w której wciąż się spotykamy.
Trzeba byłoby coś napisać Choćby Ja Mam jedno zdanie i nie zawaham się go Stłuc lustro to nie grzech Patrzeć na swoje oczy Które nie są moje Zwężone mocno mroki Niby mniej Trudniej oddychać Sądź po kurzu Zbiera się od dwóch dni Krążą myśli.
Jeśli zawołam ciebie Tylko firanka poruszy się w oknie Jeśli zawołam siebie Oderwę się od okna Przybiegnę na środek pokoju Otworzę szeroko ramiona Bo ten rowerek z dzieciństwa jeździ po pustych pokojach Nadal na czterech kółkach W bezpiecznym wspomnieniu Uderza o zamknięte drzwi mocno mocno Aż się otworzą i stanie w nich Mocno zagęszczone powietrze Na czterech kółkach Bezpiecznie pojedzie.
W sobotę wreszcie nastąpiło rozwiązanie i pokropiło deszczem. Nawet więcej. Lało. Zadowolona i mokra szłam przez moje osiedle i obserwowałam tłumy ludzi zgromadzonych pod wszelkimi zadaszeniami i wiatami. Ludzie bardziej niż koronawirusa bali się deszczu. Bez zachowania jakiejkolwiek odległości nie chcieli zmoknąć. Niektórzy dyskutowali na temat mokrej maseczki. Czy taką lepiej wessać z wilgocią przez otwór gębowy, czy zdjąć z twarzy i dostać mandat?